czwartek, 19 kwietnia 2012

Stavanger - szczęśliwe norweskie miasteczko



Podobno Stavanger jest miastem obdarzonym wyjątkowym szczęściem. Najpierw rozwijało sie dzięki budowie statków. Kiedy budowa statków okazała się mało dochodowa, podobno wszyscy przerzucili się na łowienie ryb. Ryby jednak też na dłuższą metę się nie sprawdziły i ktoś wpadł na pomysł/odkrył, że w pobliżu jest sporo czarnego złota - ropy naftowej. No i od tej chwili zaczęła się kolejna złota era Stavanger, czego potwierdzeniem może być funkcjonujące tutaj muzeum ''olejnictwa'' i jego zewnętrzna część, którą uznaliśmy dzisiaj za plac zabaw:)

Ania i Mike na tle Muzeum "Olejnictwa" - właściwej nazwy nie pamiętam :)

Samo miasteczko sprawia wrażenie większego niż jest i liczy tylko ok. 110 tysięcy mieszkańców, co i tak stawia je w pierwszej piątce największych miast 4,5 milionowej Norwegii.

Nasze chilloutowe zwiedzanie zaczęliśmy od portu, potem jakiś czerwony koścíół z czarnym dachem, potem park z katedrą i jeziorem, gdzie były rzesze mew wielkości średniej klasy kota i pomnik tutejszego Koziołka Matołka, którego ktoś ciągnie za brodę...




...a potem objęliśmy kierunek na stare miasto i wąziutkie uliczki z niezliczoną ilością małych i urokliwych knajpek z mega drogim alkoholem...



Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy jednej z nich nie odwiedzili:) Lokalne piwo całkiem niezłe, no ale w sumie jakie mogło być skoro zapłaciliśmy po prawie 40 zł za 0,4 litra... :P


Pogoda jak kobieta - zmienną jest...

Przed wyjazdem próbowaliśmy ustalić od naszych znajomych jaka tutaj jest pogoda i co w ogóle ze sobą zabrać... A że kontakt mieliśmy nieco utrudniony, to postanowiliśmy posiłkować się prognozą z internetu, a ta pokazała nam, że w środę ma być pochmurnie, ale bez deszczu. Od czwartku miało być już słonecznie, a temperatura miała oscylować w okolicach 13 stopni... I tradycyjnie już na tym blogu rzeczywistość kolejny raz okazała się nieco inna...


Wczoraj Norwegia i Stavanger przywitało nas ciężkimi chmurami i mini deszczem, a o wietrze już nie wspominając... Miało wiać ok. 7 km/h więc bez jakiś dramatów, natomiast kiedy Tomek zgarnął nas z lotniska i zabrał nas na jedną z tutejszych plaż okazało się, że chyba tutejsze ceny są zdecydowanie zawyżone kosztem skali pomiaru wiatru... Myślałem, że łby nam pourywa... Optymizmem jednak napawała tęcza, która pojawiła się na  niebie, kiedy wieczorem wracaliśmy do domu :)



Dzisiaj rano, zaraz po przebudzeniu patrzę za okno i nie wierzę... Miało być Słońce i przejaśnione niebo, a tutaj powtórka z rozrywki... Chyba jednak Tomek rzeczywiście miał racje, że uwierzy w taką prognozę jak zobaczy to wszystko za oknem... :)

środa, 18 kwietnia 2012

Tylko pamiętaj - niech Fiordy jedzą Ci z ręki :) *

hmmm... od ostatniego wpisu tutaj minął niespełna rok... prawie 365 dni w trakcie, których wiele rzeczy się wydarzyło, wiele rzeczy się zmieniło, ale mimo to wszystko elvis w dalszym ciągu ma mniejszą lub większą potrzebę dzielenia się tym, co dzieje się wokół niego...

Dlatego też zapraszam do kolejnego rozdziału elvisowego blogowania:) Ile wytrzymam? tradycyjnie - czas pokaże, ale mimo wszystko zapraszam do czytania i komentowania :)

Impulsem do powrotu tutaj jest kolejny wypad w nowe i nieznane dotąd miejsce. Tym razem traf chciał, że padło na Norwegię. Pierwsze skojarzenia? Skandynawia, Północ, państwo socjalne, wysokie ceny i generalnie zimniej niż u nas. Jak jest naprawdę? Okaże się w praniu, ale zacznijmy od początku...

Kilka lat temu pewni moi znajomi postanowili odnaleźć swoje miejsce i szczęście na Ziemi właśnie w Norwegii. Odkąd tylko się tutaj przenieśli zapraszali do siebie w odwiedziny. Tak minęły 4 lata, aż nagle WizzAir uruchomił nowe połączenia z Pyrzowic. Przez zupełny przypadek udało nam się znaleźć bilety w MEGA okazyjnej cenie, kupiliśmy je i nie pozostało nic innego jak tylko czekać na 18 kwietnia...

18 kwietnia nastał i pomimo moich rozmów ze znajomą i jej ostrzeżeniom o ewentualnych korkach czy wypadkach i o tym, że może warto wyjechać w stronę lotniska nieco wcześniej, jak zaplanowałem pierwotnie tak zrobiłem... W końcu skoro samolot odlatuje o 11.25 to przecież nie ma sensu wyjeżdżać na lotnisko wcześniej niż po 10...

Na szczęście nam na lotnisko udło się dotrzeć "on time", ale powrót do domu Taty Ani, ktory odwoził nas na lotnisko już nie był taki łatwy... Okazało się, że chwilę po naszym przejeździe na drodze dojazdowej do lotniska był jakiś wypadek i oba pasy w obu kierunkach na jakiś czas został zablokowany... ehhh... kolejny raz w życiu okazało się, że chyba mam więcej szczęścia niż rozumu...

A potem wszystko poszło już bardzo szybko. Kontrola bezpieczeństwa, odprawa celna, zakupy na bezcłówce i jakoś kilka minut po 13 koła naszego samolotu dotknęły pasa w norweskim Stavanger. Potem niespełna godzina na lotnisku, spotkanie z Tomkiem i droga do naszego tymczasowego domu :)

Po drodze do Kleppe, gdzie będziemy stacjonować przez kilka najbliższych dni, Tomek zabiera nas na dwie plaże nad Morzem Północnym, opowiada o zasadach ruchu drogowego, które tu obowiązują i generalnie opowiada co i na jakich zasadach tutaj działa :)

Tak więc naszą norweską przygodę czas zacząć!

PS. Chwilowo jeszcze bez zdjęć, ale obiecuję że uzupełnię najszybciej jak to tylko będzie możliwe :)

* - taką radę dostałem od kilku znajomych przed przylotem tutaj