niedziela, 24 listopada 2013

Śniadanie w herbacianych górach

Jeśli ktoś z Was dotrze kiedyś do Munnaru, absolutnie obowiązkowym punktem programu musi być wycieczka po okolicznych górach i pagórach szczelnie porośniętych herbacianymi krzaczkami.


Zdecydowaliśmy się na pomoc lokalnego przewodnika, który już od momentu kiedy wysiedliśmy z autobusu proponował nam swoje usługi. Nie był jednak tak napastliwy jak jego inni koledzy po fachu.

Najpierw mieliśmy wystartować o 7, ale tak niemiłosiernie nie chciało nam się kolejny dzień pod rząd wstawać skoro świt, że godzinę wymarszu przesunęliśmy o pół godziny. Poranny chłodek nie doskwierał nam długo i już po kilku chwilach naszego marszu ustąpił miejsca pierwszym promieniom słońca, które w zdobywaniu tutejszych szczytów wcale nie pomagały.



Co prawda pisząc o szczytach nieco nadużywam, ale trasa wiodła granią między okolicznymi pagórami, z której we wszystkie strony roztaczały się niesamowite widoki herbacianych plantacji.








Niewątpliwie kolorytu całej wycieczce dodało zaserwowane śniadanie przygotowane przez naszego przewodnika. Co prawda nie były to wyżyny sztuki kulinarnej, ale w takim otoczeniu i na witaminowo-owocowym głodzie który nam doskwierał, nawet zwykły chleb z dżemem i owocami robi furorę! A potem przyszedł czas na małą sjestę :)




sobota, 23 listopada 2013

Coco Magic

Podczas naszej objazdówki mieliśmy jeden postój, gdzie można było kupić sobie mleczko kokosowe serwowane bezpośrednio z kokosa.


Kokos jak kokos, można kupić i u nas w Polsce, ale sposób w jaki były one serwowane tutaj dosłownie powalał z nóg. Dwóch panów parających się tym interesem dysponowało tylko drewnianym wózkiem wypełnionym górą kokosów, maczetami i słomkami do napojów.

Kiedy tylko ktoś zapragnął spróbować co kryje się w sercu orzechów dojrzewających w cieniu palmowych liści, Coco-Magicy brali maczetę, podrzucali jednego z orzechów wyczyniając z nim prawdziwe cuda, a potem podawali zainteresowanym.




Ale co tam opisy, zobaczcie sami :)


Gdzie nie spojrzeć – wszędzie herbata!

Ze względu na wspomniane wcześniej strajki dostać się do Munnaru wcale nie było tak łatwo.

Największe problemy mieliśmy na dworcu autobusowym w Kochin, gdzie w jednej z dworcowych informacji udało nam się dowiedzieć, że jest strajk i podobno tylko jeden autobus może jechać, ale z zupełnie innego dworca autobusowego. Na dostanie się tam mieliśmy niespełna godzinę i tutaj po fiasku złapania jakiegokolwiek autobusu komunikacji miejskiej z pomocą przyszły tuk-tuki.

Na drugim jednak dworcu okazało się, że autobusu o którym mówiono nam na dworcu poprzednim, najzwyczajniej w świecie nie ma…

Zdenerwowanie chyba właśnie w tym momencie sięgnęło zenitu, znów w powietrzu wisiał podział na mniejsze pododdziały, ale koniec końców pojawiła się jeszcze jedna opcja! Wsiedliśmy do autobusu, którym dojechaliśmy do Kottyam – miejscowości w połowie drogi na nasze upragnione pola herbaciane.

Po nocy spędzonej w całkiem zacnym hotelu ruszyliśmy spieszno na tutejszy autobusowy dworzec, gdzie dzięki pomocy tubylców udało nam się wsiąść do odpowiedniego autobusu.

Po ponad 3 godzinach jazdy dotarliśmy do naszego herbacianego Edenu, gdzie prawie w każdym najmniejszym, możliwym miejscu rosły sadzonki herbaty. Zupełnie inna była też temperatura i powietrze – jakieś takie bardziej przyjazne. Ale w sumie czemu się dziwić, w końcu wylądowaliśmy w indyjskich górach.

Pierwszy dzień w Munnarze minął nam na objazdówce po okolicy. Niektórzy zdecydowali się poujeżdżać słonie, popodglądaliśmy i dokarmiliśmy małpy, odwiedziliśmy lokalne targowiska, a na koniec prawie udało nam się zobaczyć zachód słońca nad polami herbacianymi.