środa, 2 kwietnia 2014

Herbatka na wysokości

W Maroku wielkim rarytasem była tamtejsza herbata z miętą, którą można było kupić prawie na każdym kroku w drodze do schroniska pod Tubkalem. Kiedy próbowaliśmy jej pierwszy raz, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będzie ona w stanie wprawić nas w tak pozytywny nastrój… Do dzisiaj też nie wiemy czy była to zasługa ogromnej ilości listków mięty, czy może wypicia sześciu dzbanków czy może picia jej na wysokości 3200 metrów :)


Tutaj, choć w menu każdej chatki też znajduje się pozycja „Mint Tea”, okazało się jednak że jest to zwykła ekspresówka z torebki. Niepocieszeni postanowiliśmy znaleźć rozwiązanie tego problemu :)

Z pomocą przyszły nam torebki czarnej herbaty, torebki z różnej maści herbatami owocowymi i nasz magiczny, staropolski dodatek o wiśniowym smaku pochodzący z opisywanego przez Mickiewicza Soplicowa, zakupiony przez nas jeszcze w lotniskowej strefie wolnocłowej :)

Himalaje - rodzinny interes


Każdy kolejny dzień zaskakuje nas coraz bardziej. Pierwszego dnia naszej wędrówki, startując nie mieliśmy zielonego pojęcia, gdzie będziemy spać poza tym, że mieliśmy zaplanowaną wioskę do której chcieliśmy dotrzeć. Drugiego dnia nocleg znalazł nas sam w połowie naszego marszu, a trzeciego dnia nasze docelowe miejsce znaliśmy już w momencie opuszczania poprzedniego miejsca, w którym spaliśmy. 

Nasz uśmiechnięty gospodarz z gromadką swoich dzieci na pożegnanie dał nam wizytówkę hotelu w Kyanjin Gompa który prowadzony jest przez jego wujka. Oczywiście polecając hotel powiedział, że tam też nocleg będziemy mieli za darmo i na pewno będziemy zadowoleni :) Warunek oczywiście był jeden – stołujemy się tylko w tym hotelu. Żeby przypieczętować tę transakcję obiecał nam jeszcze, że zadzwoni do wuja i nas zapowie. Musiał nam też bardzo ufać, bo poprosił żebyśmy przy okazji zabrali wujowi jakieś zawiniątko, które podobno było lekami…



Po drodze rodzinnych niespodzianek było jednak więcej…

Dwie wioski dalej, przy jednym ze sklepików, czekała na nas dziewczynka. Zwróciliśmy na nią uwagę, ponieważ widzieliśmy ją już dzień wcześniej, kiedy wspinaliśmy się z naszymi tobołkami do góry. Mijała nas wtedy z dwoma swoimi koleżankami. Okazało się, że hotel do którego zmierzamy jest hotelem jej ojca, a ona czeka specjalnie na nas żeby być naszą przewodniczą, a w samym już hotelu pomóc w naszej obsłudze.



Kilka godzin spaceru z naszą przewodniczą minęło na rozmowach i jej opowieściach o nepalskim życiu. Okazało się, że na co dzień nie mieszka w górach tylko internacie szkoły do której uczęszcza od 4 roku życia (obecnie choć nie wygląda ma 16 wiosen), a w górach od czasu do czasu pomaga rodzinie. A naprawdę ma komu, bo w każdej wiosce na naszej trasie miała ciotki, kuzynów czy wujków których w miarę możliwości radośnie zagadywała :)








Nie inaczej było, kiedy dotarliśmy do celu naszej podróży. Od samego progu przywitała się ze swoją drugą mamą (pierwsze podobno odeszła od nich baaaardzo dawno temu – wiedza zdobyta podczas marszu), która z równie promiennym uśmiechem przywitała nas i zaprowadziła na pokoje :)

Potem jeszcze tylko spotkanie z wujem, przekazanie leków oraz potwierdzenie darmowego noclegu i już bez przeszkód mogliśmy się oddać pichceniu naszej specjalnej herbatki…

wtorek, 1 kwietnia 2014

Noclegowa niespodzianka

Plan na dzisiaj – zdobywamy te 80 metrów, które wczoraj odpuściliśmy po dotarciu do naszej chatki, a potem kolejne 1000 metrów do Langtang na 3430 m n.p.m. Dzisiaj miało być jednak nieco krócej czasowo, ale szybciej mieliśmy zdobywać wysokość.


Po pierwszym dniu spina była mniejsza. Trochę wiedzieliśmy już z czym się to je, wiedzieliśmy że nie jest to takie bardzo straszne i nie czuliśmy już takiej presji Himalajów na plecach. Przynajmniej jeszcze na tych wysokościach, bo te które mamy zaplanowane mogą pokazać pazurki i mogą pozwolić nam zweryfikować swoją kondycję…










Ostatecznie nie dotarliśmy do samego Langtang, ponieważ i tym razem los zesłał nam noclegową niespodziankę…

Po drodze spotkaliśmy Nepalczyka z koniem i gromadką dzieci, którego zagadnęliśmy czy lepiej nocować w samym Langtang czy może w jakiejś wiosce nieco niżej. Pytaliśmy, ponieważ szukaliśmy czegoś takiego, jak chatka która urzekła nas poprzedniego wieczora.


Okazało się, że Pan jest właścicielem guesthausu w wiosce o godzinę bliżej niż Langtang i zaprosił nas do siebie proponując jednocześnie darmowy nocleg, dziesięcioprocentowy rabat na jedzenie oraz możliwość kontynuowania pisania bloga dając nam możliwość podładowania komputera i aparatów :)






Miejsce znów okazało się kosmicznie przyjazne, znów byliśmy prawie jedynymi turystami (poza 1 sztywnym Izraelczykiem) i znów mieliśmy okazję posiedzieć z nepalską rodziną przy przygrzewającym nas piecyku-kozie dzięki któremu do dzisiaj rozpościeramy za sobą woń niezłej wędzonki :)

Aaaaa!!! I piwo wypite na 3200 metrach naprawdę smakuje zupełnie inaczej niż w domu :D

PS. Kilka słów o noclegach. Okazuje się, że obowiązuje tutaj zupełnie inne zasady niż u nas. U nas górale zarabiają na nocowaniu ceprów, którzy przyjeżdżają do Zako, i kasują ich za pokój jak za zborze. Tutaj nocleg nie jest istotny - tutaj zarabia się na jedzeniu serwowanym gościom.

Bo czymże są 2 dolary za pokój w porównaniu z 45 dolarami za jedzenie dla 5 osób? Zarówno dla nas jak i dla nich - tym, co wywołuje radość na twarzy :)